wtorek, 18 czerwca 2013

CO NA WESELE?

Rodzinnie uwielbiamy Muminki. Osobiście uważam, że oprócz mojej mamy, najlepszą matką na świecie jest Mamusia Muminka. Poza tym niemal każde zdanie wypowiedziane przez któregokolwiek z bohaterów Doliny Muminków doskonale nadaje się na sentencję, np. „odkąd spadła ze skały wydaje jej się, że jest księżniczką”.

Zaczął się sezon weselny i przyznam, że niejedna przyszła panna młoda zachowuje się, jakby spadła ze skały właśnie. Sama miałam ogromną przyjemność wcielenia się w rolę panny młodej. Owszem, czułam potrzebę uzewnętrznienia swojego wewnętrznego ryku szczęścia, starałam się jednak pamiętać, że to JA wychodzę za mąż, a nie cały świat ze mną. Ba, mało tego, że większość świata wcale tego nie wie! I choć brzmi to brutalnie, to ludzi nie interesuje krój mojej sukni, czy welon został wykonany z koronki francuskiej czy z nałęczowskiej, skąd przyjechały wiśnie na tort, jak długi jest tren, czy bukiet z mleczy czy raczej storczyki... Jestem przekonana, że każda z nas uświadczyła koleżanki, która przeszła nieznośną metamorfozę przedślubną i też odliczałyście dni do jej zamążpójścia, ale ze zgoła innych powodów...

Skoro już mowa o zaślubinach, to chciałam odnieść się do ubraniowej etykiety na tę okoliczność. Etykiety, lub po prostu garści głupstw z którymi zupełnie się nie zgadzam.

Na ślub nie należy przychodzić ubranym na czarno, bo to kolor zarezerwowany dla żałobników.
Bzdura! Wesele jak sama nazwa mówi jest wesołe, nasz stan odzwierciedla mina, a nie kolor sukienki. Poza przypadkami kiedy za mąż wychodzi twoja druga połówka, a ty jesteś tylko gościem, nie ma powodów do smutku.
Nie wypada kilka razy zakładać tego samego.
Osobiście bojkotowałam tę idiotyczną zasadę całymi latami, zakładając tę samą małą czarną. Ponieważ w ostatnim czasie zostałam poddana zabiegowi biernej liposukcji w postaci trójki krwiopijców, którzy wyssali ze mnie to i owo, w tym sezonie musiałam pożegnać się ze swoją ukochaną małą czarną. Muszę poszukać mniejszej.
Na ślub nie wypada przychodzić w spodniach.
A ja Wam mówię, że lepsze eleganckie portki niż przebranie ptysia z okolicznej wypożyczalni strojów karnawałowych.
Biel zarezerwowana jest dla panny młodej.
Pod warunkiem, że nie jesteście tzw „wedding crashers” to chybia wiecie, kto jest panną młodą i nie pomylicie jej z inną kobietą tylko dlatego, że jest ubrana na biało. Osobiście przestrzegam tej zasady, bo często nie znam ślubnej na tyle żeby mieć pewność, że na mój widok się nie obrazi i nie zatrzaśnie za sobą drzwi kościoła. Niemniej chciałam wyrazić swoją dezaprobatę i prosić panny młode o więcej dystansu.

Sobie i Wam życzę, aby niezwykły sezon ślubny nie sprowadził nas na manowce szaleństwa i absurdu. Warto na tę okoliczność skorzystać z bezpłatnych usług Zdrowego Rozsądku.

Pozdrawiam
Sara

Zdjęcia Ania
sukienka - Szafomania| żakiet - Reporter| sandały - Buffalo London| biżuteria i torebka - House of Mima

sobota, 15 czerwca 2013

CHANEL CZY MCQUEEN?

Coco Chanel mawiała, że moda w której nie można wyjść na ulicę nie jest modą, a ja Wam mówię moda w której nie można wyjść na ulicę nie istnieje! Zapytacie może, kim jestem żeby polemizować z legendą? Odpowiem, że oto głos szarego tłumu, przemawiający do Was z piedestału kostki brukowej. Srogim oczom dezaprobaty, gardzącym spojrzeniom, szyderczym uśmiechom, niezrozumieniu wymalowanemu na twarzy, ubraniowym konwenansom krępującym ruchy, mówię z polskim akcentem to co mawiał mój dobry znajomy (Polak poznany w Londynie) - „Aj hew dac ynaf!”.
Mówią, że Vogue jest biblią mody, ja zaś miałam w życiu okazję poczuć się jak modowa Maria Magdalena. To był ciepły, bezchmurny dzień. Stwierdziłam, że pogoda, dzielnica i ja dojrzeliśmy wreszcie do tego, aby wyprowadzić na spacer moje nowe czerwone kopyta. Świadomość tego jak bardzo się myliłam dotarła do mnie w momencie, kiedy gorączkowo zaczęłam rozglądać się za podeszwami lecącymi w moją stronę. To co do tej pory miałam za buty odrobinę symulujące kopyta, okazało się płachtą na byka zmieszaną z kwasem solnym. Zarówno dzielnica jak i ja nie wytrzymały tego napięcia, przetrwała jedynie pogoda. Jak przystało na osiedlowego tchórza, spakowałam buty w pudło i posłałam do Polski Zachodniej, być może w tym wypadku Wschód okaże się bardziej dziki – czego życzę z całego serca nowemu właścicielowi czerwonych kopyt.

Są dni, kiedy budzę się rano i czuję, że spokojnie na śniadanie mogłabym zjeść Dodę w sosie chili, wtedy ubieram się tak lub tak. Bywają też dni kiedy jestem śmiała jak Luz Marija, co w praktyce oznacza, że mam ochotę schować się za spódnicą mamy czyli własną. Najgorsze zaś są dni, kiedy jestem ewidentną Luz Mariją, a przebieram się za Dodę. Wracam do domu zmęczona. W łazience zrzucam z siebie nieznośną kolczugę spojrzeń. Przeklinam wtedy ten cały kokoszanelizm i trzymam sztamę z Alexandrem Mcqeenem, Johnem Galiano i Jeanem Paulem Gaultierem. Jednocześnie czuję wstyd, że jakieś tam ludzkie koślawe spojrzenia potrafią odebrać mi radość z noszenia ulubionych dziwnych spodni. Dosłownie kilka dni temu mijałam na ulicy dziewczynę, która wyglądała jakby uciekła z domku krasnoludków zaraz potem, jak nastraszyła ją czarownica. Dobrze, że społeczność Lublina nie korzysta już z pręgierza, bo sądząc po wyrazach twarzy, znaleźli by się tacy, którzy nie trwoniliby czasu na przywiązywanie nieszczęsnej Śnieżki, tylko po prostu przywaliliby jej tym pręgierzem na otrzeźwienie. A przecież dziewczyna tak fajnie ozdobiła mój dzień i nudne Krakowskie Przedmieście, nie wspominając o tym, że na śniadanie zjadła chyba samego Mike Tysona.
Nie znam się na biologi, ale wiem, że w ludzkich żyłach płynie krew i nietolerancja. Wystarczy przejrzeć fora internetowe żeby przeczytać opinie samozwańczych znawców i domowej roboty krytyków mody na temat Miry Dumy, Anny Piaggi, Anny Dello Russo czy wielbionej przeze mnie Tamary. Tłum skanduje „ależ to nie ubranie, to przebranie!”, ale przecież jak powiedziała swego czasu Ryfka „ubranie to przebranie”. Kto ustala w czym nie wolno wyjść na ulicę? Pokażcie mi tych ludzi, bo chcę wiedzieć kogo mam nie słuchać!

Nie o to chodzi, żeby zmuszać się do polubienia czegoś czego się nie lubi. Chodzi o to żeby pojąć, że dla jednych piękno zaczyna się tam gdzie kończy dla innych. I zaakceptować to.


PS Przy tej okazji polecam Wam moją mentorkę Tattwę, która swego czasu pisała o banałach na temat mody. Oczywiście pisała nie dość że mądrze to pięknie... No trudno.
spodnie,top - Sheinside| naszyjnik - H&M| bransoletki - Perera| marynarka - Persunmall| sandały - Bluffalo London| torba - etorba

środa, 12 czerwca 2013

CO WIEDZĄ SĄSIEDZI?

Jane Austen mawiała, że żyjemy po to aby zapewnić rozrywkę sąsiadom i wyśmiewać ich. Zastanawialiście się za ile wasi sąsiedzi sprzedaliby bilety na przedstawienie o Waszym życiu? Ile widzą zza Waszych zasłon i rolet? Co serwują ich uszom wasze ściany?
Brzydki domek
Dom na końcu mojej ulicy wygląda, jak radosna twórczość architekta. Bynajmniej nie Gaudiego. Właściwie wygląda tak, jakby ktoś zaczął go budować i po dwóch dniach porzucił plac budowy. Kiedy go mijam zawsze myślę, że wygląda jak ostatni kawałek niedobrego tortu. Ma tylko jedno okno. Mleczne, zmęczone odwieczną egzystencją szyby, resztkami sił trzymają się zbutwiałych ram. Radosne promienie słońca roztrzaskują się o nie nie dotarłszy do wnętrza. Jeśli chcesz odwiedzić brzydki domek, musisz stanąć do nierównej walki ze starą zardzewiałą bramą i przejść po dywanie łysiejącej trawy. Z ulicy nie widać drzwi, ale zapewne gdzieś tam są. Brzydki domek wygląda jakby zapraszał do środka i jednocześnie strasznie się tego wstydził. Nigdy bym w nim nie zamieszkała, ale czasem mam ochotę do niego zapukać i sprawdzić czy serwuje dobrą herbatę...

Na straganie
Przed osiedlowym supermarketem jest stragan. Kupicie tam wszystko, o każdej porze roku, przy każdej pogodzie. Za stertą towaru różnej maści zobaczycie miłe oczy. Jeśli przyjrzycie się bliżej zobaczycie też, że okala je siateczka drobnych zmarszczek, tych które powstają u ludzi, którzy dużo się uśmiechają. Właścicielka straganu jest młoda, spokojnie można o niej powiedzieć “dziewczyna”, farbuje włosy na nietwarzowy kolor i wcale nie jest niska. Po prostu siedzi na wózku inwalidzkim. Towarzyszy jej mała dziewczynka, ma złote loczki, wieczne rumieńce, nosi tylko różowy kolor i zawsze ma plecaczek. Nie nosi rękawiczek i w zimie jej małe tłuste łapki robią się bordowe. Wzruszam się patrząc na nią - jest dokładnie w wieku mojej córeczki, a w oczach ma ten sam figlarny błysk. Bywa, że na straganie są we trójkę – mama na wózku, córeczka z plecaczkiem i tata. Tata zawsze wygląda jakby właśnie wstał, albo nigdy nie sypiał. Trudno powiedzieć, ale ma tak samo sympatyczną twarz jak jego małe kobietki. Spotkałam ich ostatnio na spacerze. Szli przede mną i wyglądali beztrosko. Na wysokości brzydkiego domku zatrzymali się. Gdy tata otwierał bramę, ta wcale nie skrzypiała, ustąpiła jakby radośnie. Cała trójka zniknęła gdzieś za domkiem, tam gdzie są drzwi, których nie widać z ulicy. Poczułam się jakbym poznała pilnie strzeżony sekret, uśmiechnęłam się do siebie i pomyślałam, że z pewnością serwują tam dobrą herbatę...

Dwie babcie
Babcie, które mieszkają pode mną, czasem się przyjaźnią, a czasem stoją po dwóch stronach barykady. Ta starsza nie słyszy, a ta młodsza twierdzi, że starsza tylko udaje, bo jak inaczej wytłumaczyć, że pierwsza zna wszystkie osiedlowe plotki? Doprawdy nie wiem po czyjej stanąć wtedy stronie. Ta starsza jest niemal jak zjawisko. Gdyby Quentin Tarantino o niej wiedział zostałaby jego muzą. Pod osłoną nocy pożycza piasek dla kota z piaskownicy moich dzieci. Złapana na gorącym uczynku, ucieka tak szybko, że gdyby nie smuga kurzu, jaka po niej zostaje, to przysięgłabym, że miałam omamy. Czasem, pomiędzy ogrodzeniem a krzewami kwiatów spostrzegam jej siwą czuprynę. Bezpardonowo podgląda mnie w ogródku. Mruży przy tym oczy, marszczy nos i szczerzy zęby. Zastanawiam się wtedy czy może gram w Czerwonym Kapturku i tak naprawdę patrzę na wilka. Wiem, że jest samotna. Ma jednego przyjaciela – kota. Ten kot to jej cały świat. To dla niego dopuszcza się kradzieży piasku. Gdy powsinoga nie wróci na noc, staruszka nie zmruży oka. Co pół godziny otwiera drzwi i żałośnie zawodzi, woła przyjaciela. Gdy prośby nic nie dają, zaczynają się groźby. Staruszka, głosem cienkim i ostrym jak bat, snuje opowieść o niebezpieczeństwach miasta czyhających w wielkim mieście na samotnego kota – są tam busy, które cię rozjadą kocie i psy, które cię zjedzą! Wrrróć! Na dowód swoich słów babcia zaczyna ujadać jak mały doberman... Młodsza babcia ma ogromny kłopot w postaci męża, którego wódka jest solą życia. Moja drewniana podłoga będąca jej sufitem, bezlitośnie przepuszcza poranne odgłosy awantury. Ona też ma przyjaciela – powiernikiem jej problemów nie jest kot, ale przedpotopowy telewizor wielkości małego czołgu. Wieczorem widuję przez okno jej lekko fioletowe włosy, telewizor śnieży niemiłosiernie, okalają go sztuczne kwiaty. Babcia, która wciąż jeszcze robi sobie trwałą, maluje usta na różowo i kocha komplementy, siedzi sam na sam ze swoim szumiącym przyjacielem. Czeka na męża, jak jej koleżanka na kota. Kiedy ten wraca, otula go kołdrą. Z awanturą czeka do rana.


Gdybym wręczyła im wszystkim kartkę papieru i kazała napisać coś o moim życiu, co by to było?

płaszcz - Click Fasion
top - lumpex + diy
spódnica - Choies
buty - DEA Shop
kopertówka - Szafomania
łańcuch - osiedlowy sklep

Udostępnij!